• Panie, dwie stówki starczy? Dogadajmy się!

    Kiedy dochodzi do niewielkiego, nieznacznego na pierwszy rzut oka zdarzenia drogowego - zwanego potocznie "stłuczką", dość często z różnych względów nie powiadamiamy "Drogówki". Szczególnie, kiedy pierwsze oględziny nie wykazują większej szkody, a winowajca uprzejmie, z uśmiechem na twarzy wyciąga portfel, wymawiając jednocześnie "dogadajmy się, każdemu może się zdarzyć". Dziś, Kasia usłyszała to z ust kierowcy służbowej Toyoty Orange.


    "Stłuczka" - przydarzyła się niejednemu kierowcy. Szczęście, kiedy w jej wyniku ucierpi jedynie samochód. O stłuczkę nie trudno np. w zatłoczonym mieście, gdzie "korki" drogowe to normalka. Nie trudno, bo akurat zadzwonił telefon i trzeba podjąć połączenie, nie trudno, bo nie mając w samochodzie zmieniarki do płyt CD, trzeba zrobić to samemu, nie trudno, bo żar z papierosa właśnie od niego odleciał. Powodów jest całe mnóstwo... Jak się jednak okazuje, o stłuczkę nie trudno również wtedy, kiedy na pasie drogowym jest całkiem luźno, aby nie powiedzieć prawie pusto.

    Około 12:45 zadzwoniła Kasia. Poprosiła, abym przyjechał na obrzeże miasta i pomógł jej z samochodem. W pierwszej chwili myślałem, że coś, używając potocznego języka "nawaliło", ale jak się później okazało, pewien młody człowiek wjechał lekko w przedni(!) zderzak Pandy. Na drodze nie było innych samochodów, poza wspomnianą Toyotą Orange i Kasi Pandą. Kierowca, krótko mówiąc, zagapił się i przejechał zjazd prowadzący do posesji klienta.

    Całe szczęście, że prędkość samochodów była z uwagi na ograniczenie niewielka, a i poszukiwania adresu wpłynęły na to, że auta raczej toczyły się, niż jechały.

    Kiedy kierowca służbowej Toyoty firmy Orange zorientował się, że przejechał zjazd, zatrzymał nagle auto, wrzucił wsteczny bieg i zaczął cofać. Kasia, widząc co się przed nią dzieje przydusiła klakson, samochód zawył, ale było już za późno. Usłyszała tylko głuche puknięcie.

    Kiedy przyjechałem na miejsce zdarzenia, winowajca miło zagadywał Kasię. Podszedłem do auta i na pierwszy rzut oka nic wielkiego nie zauważyłem - ot zarysowany zderzak, popękana kratka atrapy i wgnieciona tablica rejestracyjna. Bliższe oględziny wykazały jeszcze nieznaczne pękniecie zderzaka.

    Uśmiechnięty kierowca służbowej Toyoty podszedł do mnie i zapytał, czy się dogadamy - powiedział, że w sumie nic wielkiego się nie stało, że zderzak można wypolerować pastą i zamalować lakierem, że podkładka pod tablicę rejestracyjną niewiele kosztuje, a samą tablicę można wyklepać. Zaproponował początkowo 200 złotych zadośćuczynienia, ale po znaczącym spojrzeniu dorzucił jeszcze stówkę.

    Zadzwoniłem do znajomego, przedstawiłem sytuację, usłyszałem ile może kosztować naprawa uszkodzeń, po czym zaproponowałem uśmiechniętemu do tej pory winowajcy kwotę ugody... Nie zgodził się na więcej jak "pińcet", po czym przestał się uśmiechać...

    Zadzwoniliśmy po "Drogówkę". Przyjechali, spisali i wskazali, do którego ubezpieczyciela się udać, by przeprowadził oględziny i oszacował wstępnie straty. W PZU, gdzie polecono nam się udać, "fachura" po wykonaniu zdjęć powiedział, że na "oko" to będzie jakieś 1400 pln.

    W serwisie Fiata, starszy serwisowy dodał jeszcze tysiąc złotych...


    AKTUALIZACJA - 27 marca 2009r.

    Gdybym w dniu zdarzenia, w którym ucierpiała Kasi Panda, zgodził się na ugodę i przyjąłbym te dwie, czy tam trzy stówki, dziś plułbym sobie zapewne w brodę...

    Jak już wspomniałem, "fachura" z PZU ocenił straty na 1400 pln, starszy serwisowy w autoryzowanym serwisie FIATA dorzucił "na pierwszy rzut oka" jeszcze tysiąc, a dziś odebrałem rachunek za części i robociznę, wystawiony przez toruński Torital na kwotę 3.680,23 pln.

    Jak się okazało, "zgwałcony" został jeszcze kondensator klimatyzatora/klimatyzacji, który kosztuje brutto jedyne 921,55 pln. Ponadto drążek poprzeczny za 430,18 pln. Samo okratowanie to koszt 363,19 pln. Zderzak przedni kosztował jedyne 764,98, a to, co gołym okiem najbardziej ucierpiało wymieniono za 2,93 pln. Do tego inne groszowe części + robocizna i wyszło 3.680,23 pln... I weź się teraz człowieku z kimś dogaduj...

    Ktoś powie, że przecież to i tak idzie z ubezpieczenia uśmiechniętego kierowcy służbowej Toyoty Orange - zgoda. Jednak gdybym się ułożył, przyszłoby mi to naprawić z domowego portfela. I co nam po tych dwóch, trzech stówkach.

    Nie warto przyjmować nawet silnie stawianych argumentów - nigdy nie wiadomo, co oprócz widocznych części zostało uszkodzone. I jeszcze coś - samochód jest na firmę, więc VAT musimy sami zapłacić, a jest tego ponad sześć stówek. Co z tego, że sobie odliczymy, skoro trzeba wyciągnąć gotówkę?...

    Zapyta ktoś, dlaczego tak uporczywie piszę "kierowca służbowej Toyoty Orange", zamiast po prostu "kierowca Toyoty". Otóż ta służbowa Toyota była tak obklejona reklamami operatora sieci komórkowej Orange, że kierowca mógł nie widzieć Pandy, która za nią stanęła. Ponadto samochód nie grzeszył czystością, ale i tak reklama, mimo przetarcia mokrą szmatką, nie zapewniała należytej widoczności.

    Reklama dźwignią handlu - oczywiście, że tak, ale reklama, która nie zagraża bezpieczeństwu - w tym przypadku na drodze.